Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 214 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


TABLICA JARKA I.

sobota, 21 maja 2011 18:34

Nota, nasz polonista, powiódł po klasie smętnym spojrzeniem, a po chwili zanurzył je w dzienniku lekcyjnym.

- Niezgółka, Oczajdusza i … i Kierpec - proszą panów do tablicy. No, szybciutko!

- Po co? - zainteresował się tępo Kierpec - Mnie tutaj jest dobrze, a poza tym jestem dzisiaj nieuczesany akurat.

- Nie marudź, Kierpec! - Nota był konsekwentny.- Nie marudź, bo obrzydzę sobie własny pomysł i wsunę wam bańki bez odpytywania. A mam dla was dzisiaj autentyczne Koło Fortuny.

- Rozumiem - zgodził się Kierpec, podchodząc do kolegów stojących przed tablicą - Tadeusz powie co na kole, a Magda da buzi.

Tu i ówdzie dały się słyszeć śmiechy. Klasa spojrzała z kpiącym zainteresowaniem na siedzącą w piątej ławce Magdę. Nota nie dał się tym razem sprowokować do tak zwanych „dywagacji pobocznych".

- Na Kole mamy dzisiaj możliwość uzyskania przez was ocen pozytywnych. Ale przedtem wyjaśnij mi Kierpec, co znaczą wystające z twojej kieszeni olbrzymie śrubokręty? Postanowiłeś zostać elektrykiem, czy też może masz ambicje sięgające prezydenckiego fotela?

- Się przyda - stęknął stropiony Kierpec. - Do tablicy.

- To już kreda ci nie wystarczy?

- Tablicy z imieniem patrona szkoły kredą się przecież nie odkręci. A podobno Iwaszkiewicz jest nieźle podpadnięty, bo go komuna chwaliła. Zmienią nam patrona, murowane. Nie takie nazwiska już poleciały. Słyszałem w TV.

Zaskoczony Nota poprawił okulary.

- Acha! Mickiewicza, Słowackiego, Prusa, Orzeszkową, Reymonta, Wyspiańskiego,… pewnie też? A Lema, Witkacego, Stachurę, Bursę, Poświatowską?... Wygląda na to, że pozostanie nam tylko Czesław Miłosz. Oj, Kierpec, Kierpec! Z tymi zmianami daj lepiej na luz. Skup się na swoich wynikach - masz właśnie pole do popisu. Panowie, wszyscy wysilcie swoje potężne intelekty. Dla was się zaczyna toczyć Koło Fortuny. Przeczytam kilka fragmentów autentycznych wypowiedzi znanego twórcy, a wy odpowiecie czyje to mogą być słowa. Uwaga:

„Zdejmijcie te wasze wyszmelcowane od nieustannego czapkowania kapelusze i wysłuchajcie mojej maligny, w której jest nieskończona ilość trafnych diagnoz i cudotwórczych recept. …”

- Wiem! - wrzasnął Kierpec. - To jest „Ojciec zadżumionych".

- Taaak? - Nota uniósł lekko brwi.

- No tak, „Ojciec zadżumionych” bredzący w malignie.

- Kończ Kierpec, wstydu oszczędź! Czytam następny fragment:

„Moja bezczelność was uczłowiecza, zmusza do minimalnego wysiłku umysłowego. Przynagla do wyboru. Ofiarowuje katharsis spełnienia uczuciowego i moralnego.”

- No i co, wiecie czyje te słowa?... Nie? To czytam następny fragment:

„Zapłodniłem kolegów (…), posypały się obficie kalendarze i dzienniki"

- Niemożliiiwe, profesorze! - twarz Magdy okrasił rumieniec oburzenia. – „Zapłodnił kolegów"?... To jest bzdura i jakieś wielkie świństwo! A co to, nie miał koleżanek?!...

- Magda,  ty się wyłącz! - Kierpec popukał się palcem po głowie.

Nota z osłupieniem rozejrzał się po klasie, poprawił okulary i z westchnieniem zaczął czytać następne fragmenty:

„Ja do partii należałem prawie piętnaście lat. Wciągnęli mnie do niej koledzy, jak do karczmy albo do zamtuza. (…) Wpadłem w złe towarzystwo, źli koledzy mnie, porządnego małolata z Wilna namówili do partii jak do fatalnego nałogu. (…) Ja tej partii siedziałem w krtani, niczym kasztan. (…) Tkwiłem kol­czasty i zadziorny".

- Żeby nie to, że to ma być literat, to pomyślałbym: Kloss - Kloss albo Sztyrlic. - zaryzykował Niezgółka.

Nota pokradł przecząco głową. — Daję wam ostatnią szansą:

„Przecież wiadomo, że odznaczam się skromnością…”

Tutaj klasa nie zdzierżyła i aż zawyła z uciechy. Nie zra­żony tym Nota czytał dalej

„… dlatego pozwolę sobie na incydentalną przechwałkę. Otóż spostrzegłem od pewnego czasu, że kto się ze mną zadaje, kto przebywa w moim towarzystwie, kto doczepi się do mojego dworu - ten rychło podnosi swoją klasę ludzką, wstępuje jakby na wyższe piętro intelektualne.(…) Wiele byle łachudrów nabrało przy mnie manier klasyków, ojców narodu, demiurgów.”

- No i co panowie sądzą? Kogo te fragmenty mogą dotyczyć?

- Mogą dotyczyć Stefana Bratkowskiego, Bratnego i Kisiela - wyrecytował z powagą Kierpec.

- Mogą, mogą - wtrącił się Oczajdusza - ale moim zdaniem dotyczą Putramenta, albo Tyrmanda… Nie, to będzie chyba Dygat.

- Bzdura! - mruknął Niezgółka - To jest Gombrowicz, chociaż ten fragment o partii pasuje mi pod Konrada Wallenroda.

Przez chwilą w klasie panowała cmentarna cisza.

- Tak! - powiedział z namysłem Nota.- Wszyscy macie w zasadzie rację. Cytaty mogą być przypisane znakomitej większości naszych pisarzy. Oni mają właśnie takie mniemanie o sobie. Ale niestety! Pochodzą one z książki pod tytułem „Wschody i zachody księżyca", napisanej przez Tadeusza Konwickiego. Dobrze, zaliczę wam odpowiedzi. Mierna odpowiedź - mierne oceny. Siadajcie miernoty!

- Się należy! - zakomunikował Kierpec nie ruszając się z miejsca.

- Proszę?

- Się należy nagroda.

- No wiesz! - wrzasnęła Magda.- Chyba nie chcesz, żebym cię całowała przy całej klasie?!

- O, jaka zarozumiała. Zaraziła się tym Konwickim… Mnie chodzi o poważną nagrodą pocieszenia.

Nota uśmiechnął się chytrze.

- Dobrze. Konkurs był natury literackiej, to i nagrodę będziesz miał podobną. Cytat z książki Konwickiego. Proszę...

„Otóż widzę w „Dolinie Issy” jakieś zastanawiające podobieństwa z Iwaszkiewiczem. Dwadzieścia lat temu razem z Jerzym Kawalerowiczem adaptowaliśmy na film „Matkę Joannę od Aniołów". Przyjrzałem się wtedy dobrze prozie Iwaszkiewicza, rozczłonkowując ją prawie na atomy mieląc, mieszając, odcedzając, barwiąc chemikaliami wymogów kina, lepiąc nowe kształty. (…) A zarazem starając się uszanować jej autonomię literacką. (…) Jakieś zbieżności Miłosza z Iwaszkiewiczem są".

- Powinieneś być ucieszony, Kierpec, po­równaniem patrona naszej szkoły do laureata nagrody Nobla. Z ogromną ostrożnością należy przyjmować słowa krytyki jednego twórcy, kierowane pod adresem twórcy drugiego. Powiesz nam Kierpec, dlaczego?

- Pewnie, że powiem. Twórca trochę urabia rzeczywistość według własnych poglądów i przekonań. Nie lubi, kiedy ktoś robi to samo, ale inaczej. Jest przekonany, że to on ma receptę na życie. Tak jak Konwicki. A prawda nie zawsze jest taka oczywista. Niech tam! - myślę, że to dobrze jeżeli twórca to silne indywiduum.

- Indywiduum to jesteś ty - parsknęła Magda - a twórca to indywidualność. Różnice między nimi są cenne, bo to tak jak z bukietem różnobarwnych kwiatów.

- Kwiatki, szmatki… Babskie gadanie. Konwicki to oset – wycedził zjadliwie Oczajdusza. Ale fakt, mógł mieć pretensje do Iwaszkiewicza, którego bardziej interesowali ludzie, a nie recepty. Polityków można ola... – Oooczywiście ominąć - uzupełnił Kierpec. - Zawsze mówią to, co im pasuje, chociaż za każdym razem co innego. Znam się na tym. Kolesie po piórze aż kipią od zawiści. To ja nawet skłonny jestem darować Iwaszkiewiczowi, że się zaparł i ponawypisywał tyle, aż głowa boli od nauki. Ja mam nawet przy okazji pomysł na niezły interes. Jeżeli Konwicki pisze o podobieństwie prozy Miłosza do prozy Iwaszkiewicza a „Matkę Joanną od Aniołów" nakręcono i napisano wiele lat przed nagrodą dla Miłosza, to przecież możliwe jest, że szanowny pan Czesio wszystko odgapił, nie? No to wytoczmy proces! Muszę się tylko zastanowić, komu - tym co dawali, czy temu co nagrodę wziął? Może by nam coś wpadło… Nam, spadkobiercom… Wiaderko „zielonych" przecież by się przydało, nie?...

Z korytarza dobiegł ostry dźwięk dzwonka. Nota spoglądał z osłupieniem na Kierpca. Pokiwał z politowaniem głową.

– Oj, Kierpec, ty faktycznie masz coś wspólnego z obuwiem.

- No, taki głupi to nie jestem. Idę dokręcić mocniej śruby przy tablicy naszego Jarka.

 

Mirkowi i jego kumplom z Ogólniaka

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

ŚWIADOMOŚĆ POPRZEDNICH ISTNIEŃ

sobota, 21 maja 2011 18:28

Trzeba było ukryć dowody winy. Przewody stymulatora percepcji wewnętrznej wplątały się w długie włosy młodziutkiej Asystentki i w żaden sposób nie chciały ulec rozbieganym nerwowo palcom. Oczy Ordynatora płonęły z wściekłości.

- Może mi pani wyjaśni jakim prawem wtargnęła do tej sali? Najtęższe mózgi starają się o pozwolenia władz Uczelni przez długie lata - a i to często bezskutecznie. Na domiar złego uruchomiła pani odczyt najbardziej wyeksploatowanego i uszkodzonego zasobnika.

Nieszczęsna Asystentka milczała, gorączkowo szukając sposobu udobruchania Ordynatora. Nic rozsądnego nie przychodziło jej do głowy.

- Wie pan, ten zapis wcale nie sprawia wrażenia uszkodzonego.

- Nie sprawia! Kto panią przyjął do pracy na wydziale historii?

Ordynator zająknął się nieco, przypomniał bowiem sobie, że i on nie był bez winy, a ściślej mówiąc: pokaźny biust stojącej przed nim dziewczyny. Z zażenowaniem poprawił jakąś fałdę swojej granatowej tuniki.

- Widzę, że nie rozumie pani istoty zła. To co pani ma przed sobą, to jest unikalne, kosztowne urządzenie. Nie będę tego tłumaczył w szczegółach bo i tak pani nie zrozumie.

- Dlaczego?

- Dlatego. Na szyi ma pani identyfikator, a na przegubie komunikator — czy zna pani zasadę działania tych urządzeń? Nie, pani zna tylko efekty działań. I to pani wystarcza. Musi też pani wystarczyć to, co powiem.

Przesunął wzrokiem po sylwetce Asystentki, splótł dłonie przed sobą i mentorskim tonem kontynuował.

- W pierwszej fazie eksperymentu najważniejsze były rejestratory. Setki, tysiące, o różnych przeznaczeniach. Otaczały badany obiekt, a zapis dokonywał się tutaj, w tej Sali - w jednym z umieszczonych tu zasobników. Pierwszym z badanych obiektów była planeta, na której rodziło się życie. To była gratka dla naukowców wielu dziedzin. Nie zaprzepaszczono takiej okazji.

Ordynator przerwał. W zamyśleniu zrobił kilka kroków. Dziewczyna poruszyła się, zaszeleściły końcówki stymulatora. Przełknęła głośno ślinę.

- I co? - zapytała z przejęciem.

- I nic. Zapis jest pełny. Jest jedynym dowodem na istnienie życia poza naszą Unią Galaktyczną. Jedynym, bowiem ta planeta już nie istnieje.

- Byli bardzo podobni do nas.

- To było podobieństwo pozorne, zewnętrzne. My nie mamy w sobie takiej drapieżności, zachłanności.

Uff, nareszcie uwolniła się jakoś z sieci przewodów i czując się zupełnie niezależna usiłowała przydać sobie nieco urażonej dumy. Jej starania nie pozostały niezauważone, ale wywołały jedynie ironiczne skrzywienie ust Ordynatora.

- Czy słyszała pani o innym takim urządzeniu?

- Nie.

- To może zastanawiała się pani nad tym, co jest powodem unikalności czytnika i dlaczego cała praca zakończyła się na prototypie?

- Też nie.

- Tak myślałem. Otóż popełniono błąd - wprowadzono zbyt dużą ilość elementów podstawowych. Dlatego istoty, których wierne wizerunki mieszczą się w tym zasobniku, zachowują szczątkową pamięć swojego poprzedniego bytowania. Szczególną świadomość. Przy którymś z kolei odczytywaniu okazało się, że ta świadomość pogłębia się i zaczyna również dotyczyć istnienia pozornego, powstającego właśnie przy odczytach.

Asystentka osłupiałym wzrokiem wpatrywała się w stojącego przed nią mężczyznę.

- Nie chce pan chyba powiedzieć, że oni tam... żyją? - wskazała ręką czytnik. - Że za każdym razem, kiedy się uruchamia to urządzenie, oni zaczynają żyć, czuć, cierpieć, umierać…

- Właśnie to chcę powiedzieć. Powołała ich pani do życia. Z pani woli dążą już po raz któryś ku zagładzie. W wielu istotach zachowała się świadomość poprzednich istnień. Budzi się w nich doznanie nieuchronności tego co ma nastąpić.

Uważnie spoglądał na Asystentkę miotającą się bezradnie wokół fotela. Podszedł do pulpitu. Długie, wąskie palce wyciągnęły się ku wyłącznikowi. Dziewczyna krzyknęła i z niespodziewaną siłą szarpnęła ramię Ordynatora.

- Nie, niech pan tego nie robi.

- A to co nowego?- zdumiał się Ordynator.

- Niech pan to zostawi. Ja wiem, że to głupie, ale pomyślałam, że może gdzieś - mniejsza z tym gdzie - istnieje taki sam przycisk, wyłącznik... Taki czytnik, zasobnik jak ten, ale z naszymi zapisami. I może właśnie teraz ktoś chce, podobnie jak pan, wyłączyć odtwarzanie.

 

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

WIELKI POWRÓT

sobota, 21 maja 2011 18:23

Bruce Spider jest kawalerem. Stan ten ma sporo niewątpliwych zalet - można sobie pozwolić w niedzielny poranek na nieco dłuższe wylegiwanie, żona nie wypędza po mleko, dzieciaki nie robią szumu… No tak, ale samotny żywot miewa też i swoje cienie - samemu trzeba robić sobie pranie, samemu przyrządzać śniadania. Dużo  jest tego „samemu”. Nie, Bruce nie pędzi pustelniczego życia. Trudno jednak namówić przychodzące dziewczęta, aby w ramach odwiedzin przeprały lub wyprasowały to czy owo.

Rozmyślając o wadach i zaletach swojego kawalerskiego stanu Bruce doszedł do wniosku, że nie ma co się wylegiwać. Gwałtownym ruchem zrzucił kołdrę i tak jak spał, golusieńki, wyprysnął na środek pokoju. Niechętnym wzrokiem spojrzał na leżące w kącie hantle, zgarnął ze stołu popielniczkę pełną niedopałków i wyszedł z nią na balkon.

Wstrząsnął nim chłód wilgotnego, porannego powietrza. Dłuższą chwilę potrwało zanim, zrozumiał, że przyczyną świdrującego w uszach pisku jest on sam. Na ogrodowej ścieżce stały dwie kobiety i wpatrywały się w niego z osłupieniem. Piszczała ta starsza, jędzowata pani Bronson, sąsiadka z naprzeciwka. Kim jest stojąca obok niej dziewczyna, Bruce nie wiedział. Na wszelki wypadek ukłonił się grzecznie i wrócił do pokoju. Z pełną popielniczką. Wysypie później. Pogwizdując postawił na kuchence czajnik z wodą i nie zmie­niając melodii poszedł do łazienki aby się ogolić.

Spłukując pod zimną wodą mydliny spostrzegł ze zdumieniem duży  „bąbel” na wskazującym palcu prawej ręki. Bąbel wyglądał jak po oparzeniu, ale Bruce mógłby przysiąc, że jeszcze wczoraj go nie było.

Mniejsza z tym - jest, to jest. Pilniejszą sprawą było przygotowanie sobie śniadania, bo w tym żołądek Bruce’a nie znał ustępstw. Ale palec, czy też raczej bąbel, nie poz­walał zapomnieć o sobie. Ból się nasilał. Smarując chleb Bruce stwierdził, że bąbla nie było. Pojawiło się natomiast spore zaczerwienienie. Dziwne. - Dziwne, ale do przeżycia - pomyślał z uporem właściciel coraz bardziej bolącego zaczerwienienia. Rozległ się gwizd czajnika, Bruce podszedł do kuchenki i... i to,  co się później stało, to był koszmar - nie mieściło się w normal­nych ludzkich pojęciach: było... było... było jakoś „nie po kolei”. Wyciągając rękę po czajnik nasz bohater stwierdził, że ból gwałtownie wzrasta osiągając apogeum w chwili, kiedy ręka dotknęła czajnika. Bruce z okrzykiem cofnął rękę. Ból ustał. Na palcu nie było najmniejszego znaku - nie było bąbla, nie było zaczerwienienia, nie było nic.

Pozostawmy Bruce’a razem z jego ogłupiałą miną i zajmijmy się innymi osobami mającymi swój udział w tym, czego świad­kami właśnie jesteśmy.

W tym samym miasteczku, tyle, że na innej ulicy, w zupełnie innym domu, zupełnie inne przebudzenie miał Stanley Clay. Bo Stanley był żonaty, to i nic dziwnego.

Z kuchni dobiegało wściekłe trzaskanie talerzami, garnkami i czymś tam jeszcze.

- Ciszej, na rany Boskie! - wychrypiał Stanley spieczonymi ustami. Czuł niesamowite pragnienie i potworny ból głowy. Gdyby nie to, że był absolutnie pewny swojej niewinności, uznałby niedomagania za efekt potężnej popijawy. Kac nie mógł jednak wchodzić w rachubę, od tygodnia bowiem nie miał w ustach bodaj kropli alkoholu.

Zwlókł się z pościeli i poczłapał do kuchni. Brenda miała załzawione oczy, spostrzegł to,  chociaż w demonstracyjny spo­sób unikała jego wzroku. Trzaskała przy tym wszystkim, co tylko znalazło się w zasięgu jej ręki.

Rzecz oczywista, w ta­kiej sytuacji nie może być mowy o wyjaśnianiu sobie czegokolwiek. A Stanley był naprawdę zaniepokojony stanem swojego zdro­wia. Około południa pojawiły się torsje i zawroty głowy. Sprawa była oczywista - zatrucie. Tutaj nie można było uniknąć pomocy lekarskiej. Stanley ubrał się z wielkimi trudnościami i wyszedł z domu. Od dziecka czuł jednak niechęć do ludzi w białych kitlach, postanowił więc wypróbować sposobu dziadka - dobra wódka z pieprzem stawiała na nogi i takich, którzy kwalifikowali się już tylko do kostnicy. Właściwy bar do przeprowadzenia właściwej kuracji znajdował się o krok.

Taaaak. I tutaj sprawa przybrała taki sam obrót jak w przypadku Bruce'a. Kiedy tylko butelka pokazała dno, Stanley był trzeźwy jak niemowlę. Tej sprawy nie należało pozostawić samej sobie. Tym bardziej, że zjawisko „wsteczności” zaczęło się rozprzestrzeniać. W radiu nawet coś na ten temat mówili.

Późny wieczór zastał obu panów w mieszkaniu Bruce'a. Towarzystwa dotrzymywała skąpo ubrana dziewczyna, w której nawet nierozgarnięty obserwator rozpoznałby miłośniczką porannych spacerów po ogrodzie. Rzecz jasna, była to ta młodsza spacerowiczka, siostrzenica pani Bronson. Siedziała właśnie na taczanie w pozycji prawie lotosu i brzdąkała na gitarze.

- Jedyne w co mogę uwierzyć, to w to, że wszystko mi się śni! - Bruce łapczywie zaciągnął się papierosem.

- Wszystkim nam się śni to samo? - Stanley był nieprzekonany - Mam inną teorię. Inny pomysł.

Dziewczyna przerwała swoje starania muzyczne i spojrzała z zainteresowaniem na Stanley’a. Zupełnie, zupełnie inaczej niż robiła to rano Brenda. Podjął zatem temat z większą pewnością siebie.

- Jak wszystkim wiadomo, we wszechświecie istnieje swego rodzaju rytm, taka pulsacja, która....

- Co „wszystkim wiadomo”, co „wiadomo”? Ja o niczym nie wiem - Bruce zaakcentował swoją niezależność.

- To nie przerywaj, tylko słuchaj. Taka pulsacja trwa około dwudziestu ośmiu miliardów lat. Najpierw nie istnieje nic, tylko wielka kula, która ma niewiarygodną masę. Wskutek olbrzymiego ciśnienia panującego wewnątrz kuli następuje wybuch. Wszystko się rozlatuje, rozjeżdża, ucieka od siebie. Powstają mgławice, planety. Trwa to do pewnego momentu. Po czternastu miliardach lat następuje powrót. Wszystko się scala, zlepia, skleja. No, a potem od początku… Tak na okrągło.

Bruce i dziewczyna milcząc wpatrywali się w Stanley 'a.

- Stary, ale zasunąłeś kawałek! — dziewczyna sapnęła z podziwem. - Tylko powiedz jaki to ma związek z nami?

- Jak to jaki, jak to jaki? Dotąd żyliśmy na naszej planecie podczas ucieczki. Teraz następuje powrót.  No,  do cholery, kto wie jakie będą prawa fizyczne,  chemiczne?

- Tyyyy! Ty lepiej nic już nie opowiadaj!  - Bruce nerwowo zmiął puste opakowanie po papierosach. - Nie mów nic, bo zaraz się okaże, że mamy  piękną przyszłość przed sobą. Za ileś tam lat wybudujemy piramidy a w końcu wleziemy na drzewa. Aleś, stary, zasadził bzdet!

Siedzieli w milczeniu. Dziewczyna wydęła pogardliwie wargi rozplątała długie nogi i kołysząc obfitym biustem podeszła do telewizora. Długi palec musnął przycisk. Ekran się rozjarzył a w ciszę pokoju wsączyły się słowa speakera:

- Tak więc, proszę państwa, rozpoczął się wielki, trwający czternaście miliardów lat powrót Ziemi do miejsca jej narodzin. Co nas nieoczekiwanego spotka podczas tej podróży…

Dalsze słowa pozostają nieznane naszej trójce, bowiem ciśnięta butelka z piwem wyłączyła telewizor. Szkło rozpły­nęło się po ekranie szczelnie go oblepiając

 

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

KRATA

sobota, 21 maja 2011 18:20

Poranek był mglisty i bardzo chłodny. Pasek od torby, w której taszczyłem gwintownicę i komplet kluczy do rur, wrzynał się nie­miłosiernie w ramię. Postanowiłem do miejsca awarii dotrzeć skrótami - korytarzami, podwórkami, byle prędzej. Wszystko szło gład­ko, więc ani nie przemarzłem zbytnio, ani się nie przemęczyłem. Miałem już do przebycia tylko jeden długi korytarz, wąskie pod­wórko-studnię i - stanę u celu. Dwa schodki, korytarz… Przy­stanąłem z niedowierzaniem i głośno zakląłem. Od podwórka oddzielała mnie gruba krata, a na potężnym skoblu dyndała poskrzypując przeraźliwie jeszcze potężniejsza kłódka. Kłóda, jak cho­lera! Palnąłem pięścią w lodowato zimne pręty i z niechęcią się odwróciłem - muszę iść dookoła bloku.

Zrobiłem dwa, może trzy kroki, kiedy potężny łomot kazał mi się odwrócić. Całe przejście zawalone było cegłami i kawałkami tynku. Może zawalił się komin, może odpadł kawał muru? - nie wiem. Nad stertą gruzu unosiły się kłęby pyłu. Strach pomyśleć, co spotkałoby mnie gdybym tam wszedł. Zapaliłem nerwowo papierosa i zamarłem. Kraty nie było. Nie było skobla, nie było kłódki, nie było niczego, czemu się przed chwilą przyglądałem. A mógłbym opisać zadrapania farby, popękania zaprawy wokół skobla, jej szarość. Mógłbym więc opisać coś, co nie istniało, a co najprawdopodobniej uratowało mi życie.

Cisnąłem niedopałkiem o posadzkę i wybiegłem na ulicę. Tego dnia nie wróciłem do pracy, poszedłem do lekarza.

Nie opowie­działem mu o przywidzeniu.

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

KUBUŚ I DUCH

sobota, 21 maja 2011 18:18

Marynarzom "Jaskółeczki" - moim dzieciom

Nieznana przygoda Kubusia Puchatka

 

Pewnego Bardzo Późnego Wieczoru Kubuś Puchatek wiercił się niespokojnie na swoim łóżeczku, nie mogąc w żaden sposób usnąć. Może dlatego, że liczył garnuszki z miodem, zamiast baranów, wzdychając Smutno i Żałośnie.

- Niewiadomokto wyjadł mi miód z dwóch garnuszków i nawet je wylizał. Pewnie był to Prosiaczek. Ale w takim razie Prosiaczek jest Okropnie Wielką Świnią! - mruknął Kubuś,

- Hej! - rozległ się jakiś głos, tuż nad posłaniem Puchatka.

- Ciekawe, powiedziałem hej, wcale nie hejając. - pomyślał miś i na wszelki wypadek otworzył ostrożnie jedno oko. Tuż nad sobą zobaczył w księżycowej poświacie stary pled.

- Jej, ja latam - Jestem nad pledem! Już mi nie będzie się wymądrzać Sowa Przemądrzała!

- To ja jestem nad tobą, a nie odwrotnie. - pled poruszył się lekko. - Zabraniam ci brzydko mówić o Twoim Braciszku, Mój Synu!

- Prosiaczek to Prosiaczek, a Miś to Miś - powiedział Całkiem Przebudzony Puchatek. - A poza tym misie mają misiowatych ojców.

- Na ogół tak, ale ciebie zrobiono kiedyś ze mnie, a więc jesteś moim synem. Porównaj swoje futerko ze mną. Jest identyczne. Przypomnij sobie Prosiaczka - czyż nie ma podobnego futerka? To jest Twój Braciszek. Nie mów o nim źle i nie myśl o nim brzydko. - Stary pled zafalował lekko i zaczął się robić Coraz Cieńszy i Coraz Bardziej Przejrzysty, aż w końcu rozpłynął się w powietrzu.

Ale tego Kubuś już nie widział. Spał, cicho pomrukując przez sen.

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  12 842  

O moim bloogu

Krótkie opowiadania - zabawy nie tyle słowami, co pomysłami. Większość opowiadań była nagrodzona w konkursach literackich. Do tego dołożyłem "dla okrasy" kilka galerii z rysunkami.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Ulubione strony

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 12842

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl